Czy wiesz, że ... najwyżej skaczącym siatkarzem do ataku jest bułgarski przyjmujący Matej Kazijski, który przy wzroście 203 cm sięga w ataku piłkę na wysokości 379 cm.

Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie przyjazne mózgowi

Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie przyjazne mózgowi to książka, w której zostały zebrane wnioski płynące z neuronauk. Dzięki postępowi tych nauk możemy dziś zweryfikować stosowane w domach, w przedszkolach i szkołach metody nauczania. Neurobiolodzy obalają wiele wygodnych dla rodziców i nauczycieli mitów i pokazują, jak wiele zależy od nas dorosłych. To my, tworząc określone środowisko, decydujemy o tym, czym będą zajmować się dzieci. Ich aktywność znajduje odzwierciedlenie w strukturze sieci neuronalnej, można nawet powiedzieć, że rzeźbi ich mózgi.

Dlatego z wnioskami płynącymi z neuronauk powinni zapoznać się zarówno rodzice, nauczyciele, jak i studenci kierunków pedagogicznych, a także wszyscy, którzy chcą się dowiedzieć, jak lepiej wykorzystać potencjał dzieci. Jeśli szkoła ma być źródłem prawdy o świecie, sama nie może ignorować wiedzy o tym, jak przebiegają procesy uczenia się.

W przedwczorajszych szkołach wczorajsi nauczyciele przygotowują uczniów do rozwiązywania problemów, jakie przyniesie jutro.

Badacze mózgu przekonują, że szkoła w obecnej formule nie wspiera naturalnych procesów uczenia się i nie jest miejscem umożliwiającym indywidualny rozwój każdego ucznia. Oparta została na naszych wyobrażeniach o tym, jak przebiegają procesy uczenia się, jednak wnioski, jakie płyną z badań nad mózgiem, tych wyobrażeń nie potwierdzają. Mózg uczy się wprawdzie cały czas, ale inaczej, niż oczekuje tego szkoła.
Wielu neuronaukowców twierdzi, że szkołę trzeba wymyślić od nowa, ale najpierw trzeba wiedzieć, po co wysyłamy do niej dzieci, czego mają się uczyć, do czego chcemy je przygotować. Dzisiejsze podstawy programowe pełne są szczegółowych celów, ale próżno w nich szukać osi programowej, drogowskazu, który wytyczyłby kierunek i wyznaczył główny cel edukacji XXI wieku. Ponieważ nie wiemy, dokąd chcemy dojść, nie wiemy, jak oceniać osiągnięcia uczniów, nauczycieli i szkół. Dla ministerialnych urzędników liczą się przede wszystkim wyniki testów i tworzone na ich podstawie rankingi, jednakże dla rodziców i dzieci dużo ważniejsze jest pytanie, czy szkoła pozwala im się rozwijać, czy raczej marnuje ich indywidualne talenty. Dlatego najpierw należałoby postawić kilka kluczowych pytań. Czy chcemy przygotowywać młodych Polaków do roli kreatywnych, innowacyjnie myślących twórców, czy raczej będziemy wspierać naukę „po śladzie” i nagradzać tych, którzy potrafią powielać znane schematy i najlepiej się dostosować? Czy celem jest wychowanie ludzi umiejących wyrażać własne, czy cudze myśli? Czy szkoła ma ograniczać się do przekazywania informacji, czy powinna również rozwijać kreatywność, umiejętność pracy w grupie, czy zdolność wyszukiwania i selekcji informacji? Czy chcemy rozwijać u uczniów jedynie tzw. twarde kompetencje, które łatwo sprawdzić za pomocą testów, czy również te miękkie, o które coraz głośniej dopominają się pracodawcy? Czy miarą sukcesu edukacyjnego powinna być liczba zdobytych na teście punktów, czy raczej to, czy uczeń rozwinął w szkole swoje zainteresowania i zachował chęć do nauki? Ocena jakości obecnego systemu edukacyjnego nie jest sprawą prostą, właśnie dlatego, że wciąż jeszcze opiera się na przekonaniach, a nie na sprawdzonych i zweryfikowanych tezach. Problem jest tym trudniejszy, że mówiąc o szkole wszyscy mamy przed oczami tę, którą znamy, ale to przecież nie znaczy, że szkoły nie mogą wyglądać i funkcjonować inaczej. Transmisyjny model edukacji, w którym nauczyciel przekazuje „ukrzesłowionym” uczniom wiedzę, wielu osobom wciąż jeszcze wydaje się jedynym możliwym. Jednak trzymając się owego tradycyjnego modelu, stworzonego na potrzeby świata, którego już nie ma, zamykamy sobie – i co gorsza naszym dzieciom – drogę rozwoju. Trzymając się znanych wzorców, nigdy nie będziemy wiedzieć, czy inne rozwiązania nie byłyby bardziej skuteczne. Powstrzymuje nas strach przed eksperymentowaniem na dzieciach, ale czy obecny model wprowadzony został na podstawie jakichkolwiek zweryfikowanych empirycznie tez? Czy sprawdziliśmy, że jest skuteczniejszy i lepszy od innych? Nasze dzieci uczone są tak jak nasi pradziadkowie. Problem w tym, że w ten sposób trudno przygotować je do rozwiązywania problemów, z jakimi przyjdzie im się zmierzyć w przyszłości. Obecny model edukacji nie jest ani przyjemny, ani efektywny. Czyż nie powinniśmy traktować zgłaszanych przez nauczycieli problemów z motywacją, jak również licznych wyników badań, jako wskaźnika skuteczności szkoły, a raczej jej braku? Dlaczego każe nam się wierzyć, że mamy dobre szkoły, jeśli tak wielu uczniów nie chce do nich chodzić i właśnie tam traci motywację oraz chęć do nauki?

Warto zadać pytanie, czy tak niekreatywna instytucja, jaką jest dzisiejsza szkoła, może rozwijać kreatywność u uczniów? Czy sposób funkcjonowania obecnego systemu edukacyjnego ma związek z liczbą zgłaszanych w naszym kraju patentów? Czy możemy liczyć na to, że polska gospodarka będzie innowacyjna, jeśli młodzi Polacy przez dwanaście lat ćwiczą się głównie w stosowaniu algorytmów i udzielaniu najbardziej typowych odpowiedzi? Poruszając ten problem, nie sposób nie odnieść się do roli sztuki w szkole i wychowaniu. Dzięki postępowi neuronauk wiadomo, że ma ona ogromny wpływ na rozwój mózgu. Twórcze myślenie można rozwijać, choć wymaga to czasu. Ludzki mózg jest niezwykle plastyczny i rozwija te struktury, które są intensywnie wykorzystywane. To od rodziców, nauczycieli i wychowawców zależy, czy wychowamy nasze dzieci na kreatywnych i myślących innowacyjnie twórców, czy na biernych odtwórców trzymających się podanych schematów. Każda z tych postaw wymaga w mózgu innych połączeń, każda rozwija się dzięki zupełnie różnym typom zadań i aktywności.
Neuronauki dostarczają licznych przykładów na to, jak obecna formuła szkoły utrudnia mózgowi pracę. Jednym z celów książki jest dotarcie z tą wiedzą do nauczycieli, wszak, jak mówi Manfred Spitzer, mózg ucznia to ich miejsce pracy. W rozdziale pierwszym omówione zostały neurobiologiczne podstawy procesu uczenia się. Zebrane informacje pozwalają zrozumieć, od czego zależy jego efektywność. Rozdział drugi poświęcony został neuronom lustrzanym i roli, jaką w życiu i w procesie uczenia się odgrywają relacje międzyludzkie. Tematem rozdziału trzeciego są cyfrowi tubylcy i cyfrowi imigranci. Ta część książki dostarcza informacji na temat zmian, jakie zachodzą w mózgach dzieci pod wpływem nowych technologii. Przedstawione tu problemy dotyczą w równym stopniu nauczycieli, jak i rodziców. Dzisiejsi uczniowie to cyfrowi tubylcy, którzy nie potrafią uczyć się tak, jak robiły to poprzednie generacje. Szkoły powinny uwzględnić fakt, że w ławkach siedzą osoby mające nieco inną strukturę mózgu i inaczej przetwarzające informacje. Rozdział czwarty nosi tytuł „Szkoła przyjazna mózgowi, czyli poszukiwanie alternatywy dla edukacji transmisyjnej”. Podjęłam się tu zadania przeniesienia wniosków płynących z badań nad mózgiem na grunt systemu edukacyjnego. Jest to jednocześnie próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, jakiej szkoły dziś potrzebujemy, jak mogłaby wyglądać szkoła przyjazna mózgowi i w jaki sposób stworzyć środowisko edukacyjne wykorzystujące jego silne strony. Moją intencją nie jest zaproponowanie nowego, jedynie słusznego modelu, który miałby zastąpić obecny, ale raczej pokazanie, jak odchodzić od sztywnego, biurokratycznego gorsetu, w jakim tkwią dziś szkoły, a który uniemożliwia rozwijanie potencjału tak uczniów, jak i nauczycieli. Planowany rozdział piąty, pomyślany jako część praktyczna z przykładami lekcji różnych przedmiotów, tak się rozrósł, że zostanie wydany jako oddzielna publikacja.

Aby czytelnik mógł sobie lepiej wyobrazić sposób funkcjonowania mózgu, jego najważniejsze struktury zostały przedstawione na ilustracjach. Ponieważ w książce tego typu nie sposób uniknąć fachowego żargonu, wszystkie pojęcia, które mogłyby sprawiać trudność zostały zebrane i wyjaśnione w słowniku terminów.

Dzięki postępowi neuronauk możemy dziś zweryfikować stosowane w domach, w przedszkolach i szkołach metody nauczania. Neurobiolodzy obalają wiele wygodnych dla rodziców i nauczycieli mitów i pokazują, jak wiele zależy od nas dorosłych. To my, tworząc określone środowisko, decydujemy o tym, czym będą zajmować się dzieci. Ich aktywność znajduje odzwierciedlenie w strukturze sieci neuronalnej, można nawet powiedzieć, że rzeźbi ich mózgi. Dlatego z wnioskami płynącymi z neuronauk powinni zapoznać się zarówno rodzice, jak również nauczyciele i studenci kierunków pedagogiczych, wszyscy, którzy chcą się dowiedzieć, jak lepiej wykorzystać potencjał dzieci. Jeśli szkoła ma być źródłem prawdy o świecie, sama nie może ignorować wiedzy o tym, jak przebiegają procesy uczenia się.

Żylińska Marzena zajmuje się metodyką i neuropedagogiką. W 2006 roku uzyskała doktorat na UAM w Poznaniu z dziedziny dydaktyki języków obcych. Pracuje jako wykładowca w Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych w Toruniu oraz w Dolnośląskiej Szkole Wyższej we Wrocławiu. W licznych publikacjach i na seminariach propaguje twórcze wykorzystanie nowych technologii w nauczaniu. Współorganizowała europejski projekt „Zmieniająca się szkoła”. Jest autorką materiałów dydaktycznych wykorzystujących wnioski płynące z badań nad mózgiem i książki „Postkomunikatywna dydaktyka języków obcych w dobie technologii informacyjnych”. Prowadzi blog „Neurodydaktyka, czyli neurony w szkolnej ławce”.

Autor: Żylińska Marzena 
Rok wydania: 2013
Wydawca: Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
Liczba stron: 315
DzieciMłodzieżNauczycieleBazy szkoleniowe - Akademie SOSBazy szkoleniowe - Szkoły PatronackieFacebook Młodzieżowej Akademii Siatkówki oraz Akademii Polskiej SiatkówkiRodzice